kropla drąży kamień
kropla przepełnia czarę
a dwie krople?
a sto?
a milion..

piątek, 3 lutego 2012

popołudniowa drzemka

Dzisiejsze próby położenia Ignaca spełzły na niczym. Z nas dwojga zdecydowanie bardziej zmęczona byłam ja, mój syn zaś skupiał się na odwracaniu uwagi od spania na wszelkie możliwe sposoby. Najpierw tradycyjnie były piosenki w wykonaniu Igiego. (Podobny koncert odbył się ostatnio u naszych znajomych ze stolicy, u których nocowaliśmy, z tą różnicą, że była godzina 12 w nocy, a znajomi próbowali w drugim pokoju położyć swoje własne dzieci do snu. Już miałam surowym głosem upomnieć naszego potomka, żeby był cicho, bo jest noc i wszyscy chcą spać, kiedy dobiegło mnie radosne: ..hop siup tla la la... [dla niewtajemniczonych - z piosenki Jadą misie] - postanowiłam nie odzywać się wcale, bowiem nie byłam pewna, czy zdołam pohamować wybuch śmiechu, kiedy otworzę usta. Ograniczyłam się do wciśnięcia twarzy w poduszkę i konwulsyjnych drgawek z głupawki pod kołdrą.)
Potem dziecko moje zażądało: Mama telaś. Więc zaczęłam śpiewać ja. W ciągu ostatnich miesięcy poczyniłam wielkie postępy i mój repertuar obejmuje piosenki przedszkolne sprzed lat dwudziestu kilku, ścieżkę dźwiękową Pana Kleksa, przeboje Majki Jeżowskiej, utwory kultowej grupy Fasolki oraz nieco młodszej, lecz nie mniej kultowej Arki Noego. I kołysanki rzecz jasna. A wszystko dlatego, że Ignaś,jeśli po kilku linijkach piosenki zorientuje się, że już gdzieś to słyszał, stanowczo odmawia słuchania: Telaś inną.
Kiedy śpiewanie i słuchanie mu się znudziło, puścił kilka bączków. Nie trzeba być Sherlockiem Holmesem w spódnicy, by się domyślić, że dziecko chce skorzystać z nocnika. Udaliśmy się zatem do toalety. Z książką. Na dłuższe posiedzenie musi być jakaś lektura.
Wróciliśmy do łóżka.
Ja: Teraz nareszcie można odpocząć...
Ignaś: Hula! Hula! Hula! (był to oczywiście okrzyk dziecka, które nie zdradza żadnych objawów zmęczenia, ale że jest dobrze wychowane, potowarzyszy swej mamie w odpoczywaniu. Towarzyszenie owo składa się z: kręcenia się w kółko, zawijania się w koc, pokładania się na mamie, rozkopywania się z koca....)
Potem syn mój zainteresował się naszym psem, krzycząc na zmianę imię czworonoga: Ginesiek! i słowo, którego nie mam  pojęcia kto go nauczył: Kulde! Zupełnie nie rozumiem, dlaczego moją reakcją był spazmatyczny atak śmiechu w poduszkę...
Drzemki koniec końców nie było.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

cynamon i trusia

Dziś będzie o książce. I to nie byle jakiej, bo o pierwszej lekturze Ignasia.
Jeszcze zanim nasz syn pojawił się na świecie, złapałam tak zwaną fazę na literaturę dziecięcą - będąc w ciąży przeglądałam internet i księgarnie wysyłkowe w poszukiwaniu wartościowych książek dla najmłodszych.
Właśnie w ten sposób natrafiłam na Cynamona i Trusię. Urzekła mnie okładka tej książki - uśmiechnięty chłopiec z "kupką" włosów na czubku swej wielkiej głowy, oko w oko z czarnym króliczkiem. Tę dwójkę spotykamy na plaży - wspólnie bawią się w piasku, budują zamki i przy okazji zastanawiają się: "...A z ilu części składa się ciało?/ Z pięciu czy z siedmiu? Czy to za mało?".  Po co nam dwoje oczu? Jak pachną marzenia? Co mówi swoim pukaniem serce? I na czym byśmy siedzieli, gdybyśmy nie mieli pupy? Odpowiedzi zawarte w wierszykach są zabawne i wzruszające, oraz - co najważniejsze - są przepełnione dziecięcym zachwytem nad ciałem i pewnością, że każda jego część jest potrzebna.
Zapoznałam Ignasia z tą lekturą, kiedy miał niespełna dwa miesiące - kładliśmy się oboje na wznak na łóżku, podnosiłam książkę do góry, aby maluch mógł widzieć obrazki i czytałam wierszyki. To, co przykuwało uwagę syna, to z pewnością wielka głowa tytułowego Cynamona, przybierającego na każdym rysunku inną minę (wiadomo, że niemowlęta są w stanie dłużej skupić wzrok właśnie na ludzkiej twarzy). Pamiętam, że to zaangażowanie maleńkiego Ignasia oraz brak jakichkolwiek oznak zmęczenia czy znudzenia podczas wspólnego "czytania", były dla mnie nie lada odkryciem. Teraz, choć sam wybiera tę książkę, często nie udaje nam się jej doczytać nawet do połowy. Taki etap i już.













Stark Ulf: Cynamon i Trusia. Wierszyki od stóp do głów.  Ilustr. Charlotte Ramel. Tłum. Agnieszka Stróżyk. Wydawnictwo Zakamarki 2009.

środa, 16 listopada 2011

u źródeł głosu nieskrępowanego

Ignac ma zwyczaj śpiewania sobie przed snem. Nie wiem, skąd mu się to wzięło? Nie wiem, bo kołysanki do poduszki w moim wykonaniu słyszał niezbyt często. Wolałam raczej puścić płytę z usypiankami, na przykład wyśpiewanymi przez Grażynę Auguścik (na marginesie - polecam!). Może więc dzięki tym płytom? Może dlatego, że sporo śpiewamy w ciągu dnia: naśladujemy odgłosy, piosenkami komentujemy wspólne zabawy, wymyślamy nowe słowa do znanych melodii... ? Może wieczorem to wszystko musi znaleźć jakieś ujście...?

W każdym razie każdego wieczora (a zdarza się, że i przed popołudniową drzemką) Ignac urządza niepowtarzalny koncert. Spółgłoski i samogłoski układają się w słowa, których nikt (nie wyłączając autora :) nie jest w stanie powtórzyć. A te dźwięki... Przeskoki od wysokich do niskich tonów i odwrotnie splatają się w improwizację, której nie powstydziłby się podjąć sam mistrz Miles Davis na swej trąbce. A ja cieszę się, że mogę przy tym być i trwam w zachwycie (choć przyznaję, że są chwile, że przedłużający się rytuał usypania mnie irytuje).

Kiedy słucham tych ekwilibrystycznych figur dźwiękowych syna, upewniam się w przekonaniu, że u źródeł wydawania głosu ludzkiego leży radość i nieskrępowana wolność. Ale przecież - może ktoś powiedzieć - pierwsze próby używania strun głosowych przez noworodka to zazwyczaj płacz, którym mały człowiek sygnalizuje, że jest mu niewygodnie, coś go boli, jest głodny, razi go światło itd. Rzeczywiście nie ma się z czego cieszyć. Tyle że noworodek poza płaczem wydaje jeszcze masę innych dźwięków! (Wiedzą to rodzice, którzy nie mogą zmrużyć oka, choć ich maleństwo dawno śpi, "bo ono mlaszcze, sapie, wzdycha, mruczy, stęka, chrząka, nuci..."). Kiedy już dziecko załapie, że ono samo te dźwięki emituje, wówczas szybko uczy się je różnicować. I właśnie to badanie możliwości własnego aparatu głosowego daje masę radości, a poza wolnością, o której wspomniałam, obdarowuje małego człowieka poczuciem zadowolenia z siebie (bezcenne!).

Dopóki ktoś nie powie: nie wyj/ nie rżyj/ nie bucz/ nie mucz/ nie jęcz/ nie męcz/ nie rycz/ nie kwicz/ nie drzyj się/ nie piskaj ("...Tomuś" ;)/ nie-narażaj-mych-uszu-na-te-straszne-odgłosy-ani-chwili-dłużej-bo-nie-ręczę-za-siebie. Śpij!
Ale to już temat na inny wpis.

wtorek, 1 listopada 2011

seniorka

Moja Babcia skończyła w niedzielę 80 lat. Z tej okazji cały piątek piekła i gotowała, a w sobotę - wycierała kurze i zmywała podłogi. W niedzielę zaś przyjmowała gości... Miała przygotowaną przemowę na rozpoczęcie urodzin, ale zapomniała ją wygłosić, bo najpierw wszystkich witała i całowała, potem utyskiwała na prezenty ("Mówiłam, żeby nic nie przynosić.."), a potem nalewała wszystkim gorącego rosołu, tudzież flaków, następnie było drugie danie...

Moja Babcia nie miała dzieciństwa, w dzisiejszym rozumieniu tego słowa, bo najpierw pasła krowy, a potem wybuchła wojna (wtedy również pasła krowy, ponieważ krowy nie rozumiały, co to znaczy wojna i chciały jeść jak zawsze).

Moja Babcia wyszła za mąż i zamieszkała wraz z Dziadkiem Bronkiem w małym komunistycznym miasteczku na wschodzie naszego kraju. Dziadek, poza tym, że był szalenie przystojny, grał na skrzypcach i nawet nieźle zarabiał w fabryce, lubił zaglądać do kieliszka i Moja Babcia miała z nim całe życie "pański krzyż".

Moja Babcia ma dwoje dzieci, synową, zięcia, sześcioro wnucząt i dwóch prawnuków. Dziadek Bronek od kilkunastu lat nie żyje, ale przychodzi do Mojej Babci w snach i daje dobre rady - na przykład żeby nie sprzedawała działki, bo jeszcze się kawałek ziemi przyda.

Moja Babcia pracowała całe życie. Była nauczycielką, pielęgniarką, urzędniczką do spraw kwaterunku. Potem na emeryturze zajmowała się nami - wnukami, po kolei całą szóstką... I działką.... Wakacje wyglądają podobnie - Moja Babcia zbiera maliny, bo "Pan Bóg dał owoce, to szkoda, żeby się zmarnowały". I to samo z ogórkami, truskawkami, ziemniakami, pomidorami, porzeczkami...

Moja Babcia robi najlepszy sernik na świecie, i roladę, i fale dunaju. I ruskie pierogi. I rybę po grecku. I kogel-mogel. Kakao przyrządza w ten sposób, że wsypuje proszek do kubeczka i rozciera dokładnie z cukrem, potem wlewa odrobinę gorącego mleka, miesza i dopiero dolewa mleka do pełna, a nie jakieś tam błyskawiczne granulaty. A z tych pierogów, klusek i kopytek, co je przez te osiemdziesiąt lat wylepiła, można by drugi Kopiec Kościuszki usypać.

Pamiętam, jak Moja Babcia brała mnie na kolana, głaskała po głowie i trzęsącym się głosem śpiewała mi do ucha wszystkie pieśni kościelne z książeczki do nabożeństwa...  A z moim bratem skakała przez książki.

Moja Babcia słucha Radia Maryja i modli się co wieczór za nas wszystkich na różańcu. Równocześnie każe mi wprowadzać się do nowego mieszkania "pod pełnię księżyca", bo to zapewnia dobrobyt. Kiedy byliśmy mali i któreś z wnucząt miało koszmary, albo zrobił nam się po spaniu kołtun z włosów, Moja Babcia przybiegała z rondelkiem ze stearyną stopioną ze świecy gromnicznej i miską zimnej wody, i wylewała nad nami wosk, odmawiając po cichu "zdrowaś Mario...". A potem patrzyliśmy, jakie kształty ułożyły się z wosku...


Moja Babcia kochana... Dusza słowiańska; prosta i złożona zarazem.

niedziela, 24 kwietnia 2011

Manhattan

To prawda, że muzyka w tym filmie jest idealnie dobrana do obrazu - opowiada, dopowiada, wypełnia i sprawia, że robi się tak jakoś... poetycko.
Nie będę powtarzać tutaj tego, co można przeczytać w większości recenzji: "Neurotyczny nowojorski intelektualista, podwójny rozwodnik rzuca pracę...". Jak zwykle również nie przejmuję się zbytnio tym, czy ktoś z czytających ten film oglądał czy nie i raczej zdradzam szczegóły fabuły.
Dla mnie jest to film o pisaniu, czy też szerzej rzecz ujmując - o kreowaniu świata za pomocą sztuki. I tak - podzielić można bohaterów na tych, którzy piszą:
*Isaac Davis /Woody Allen/ rozwija pomysł napisania o Nowym Jorku;
*Jill Davis /Meryl Streep/, była żona Isaaca, lesbijka, pisze książkę o ich związku, wyjawiając najintymniejsze szczegóły dotyczące życia pary. Wydaną pozycję widzimy w oknie wystawowym księgarni, cytowane są też jej fragmenty;
*Yale Pollack /Michael Murphy/ profesor uniwersytetu, recenzuje książki kolegów po fachu;
* Mary Wilke /Diane Keaton/, kochanka Yale'a, a potem Isaaca, też coś pisze - felietony czy artykuły do gazet...
i nie piszą:
* Tracy /Mariel Hemingway/, siedemnastolatka, kochanka Isaaca;
* Emily Pollack /Anne Byrne Hoffman/, żona Yale'a.
W filmie nie ma obiektywnej prawdy. To, co zostaje napisane - zaczyna istnieć. Mniej ważne jest to, co było, od tego, jak o tym mówią... A bohaterowie tego filmu mówią dużo - najwięcej kwestii wypowiadają "pisarze". W błyskotliwych dialogach żonglują uczuciami, stanami emocjonalnymi, koncepcjami estetycznymi, teoriami antropologicznymi, interpretacjami dzieł sztuki. Do tego celne puenty i zabawna autoironia głównego bohatera. Ale najbardziej wzrusza i tak to, co najbliżej życia - łzy Tracy, kiedy Isaac zrywa z nią znajomość. Niestety - dla intelektualisty oglądanie zapłakanej zakochanej w nim dziewczyny jest przede wszystkim doznaniem estetycznym, które postawi później w jednym rzędzie ze szwedzkim kinem, bluesem Louisa Armstronga oraz jabłkami i gruszkami Cézanne'a.
No dobrze. A Meryl Streep? W tym obrazie nie płacze. Zarzuca za to zadbanymi, rozpuszczonymi blond włosami i jest pięknie wkurzona na byłego męża.

"Manhattan" (1979) - reż.: Woody Allen, scen.: Woody Allen, Marshall Brickman, muz.: George Gershwin, zdj.: Gordon Willis, wyst.: Woody Allen, Diane Keaton, Michael Murphy, Mariel Hemingway, Meryl Streep.

piątek, 8 kwietnia 2011

Łowca jeleni

"Łowca jeleni" to przepiękny film. Polecam wszystkim, którzy go jeszcze nie widzieli. Piszą, że to film wojenny - i tak, i nie. Tak - bo opowiedziana historia dotyczy konfliktu w Wietnamie; nie - bo sceny wojenne są w zasadzie "epizodem" (choć jest to epizod wstrząsający). Dla reżysera równie ważne było pokazanie tego, jak bohaterowie żyli "przed wojną", jak i tego, co się dzieje z nimi "po". Głównych bohaterów jest trzech: Mike, który z zapałem poluje na jelenie, Steven, który przed wyjazdem na wojnę bierze ślub (przygotowania do ceremonii zaślubin i wesele wypełniają większość pierwszej części filmu - pokazane po mistrzowsku) oraz Nick, który podczas wesela kolegi oświadcza się swojej przyjaciółce, Lindzie, granej przez Meryl Streep.
Postać Lindy należy do tej części świata przedstawionego, której bezpośrednio nie dotyka okrucieństwo wojny. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że rodzinne miasteczko bohaterów żyje swoim rytmem, z dala od frontu, śmierci, cierpienia. Po chwili można dostrzec - między innymi za sprawą gry Meryl Streep - że "czekanie" nie jest beztroskie, nie jest łatwe. Nie jest prostym przyjęcie do lokalnej społeczności tych żołnierzy, którzy po doświadczeniu wojny wracają pokiereszowani na duszy i ciele do domu, ani pogodzenie się z faktem, że niektórzy już nigdy nie wrócą. Trzeba żyć dalej... Tylko jak? Streep świetnie wygrywa przed kamerą rozterki emocjonalne młodej kobiety, jej zagubienie, rozdarcie między dochowaniem wierności a pragnieniami.
Meryl Streep kilka razy odwraca głowę, wyciera oczy i nos, jakby płakała. Jej łzy widzimy w filmie jednak tylko raz: kiedy po powrocie Mike'a z Wietnamu przymierza mu sweter, który zrobiła na drutach dla Nicka.
Wiele scen mnie wzruszyło, nie będę ich wszystkich wymieniać... Po prostu - aktorzy zagrali świetnie! Bukiety dla Christophera Walkena i Roberta de Niro.
Film jest dość długi - oglądałam go na dwa razy (Ignac rzadko ucina sobie trzygodzinną drzemkę). Jednak jeśli tylko macie możliwość - warto wygospodarować sobie czas, aby zobaczyć całość za jednym zamachem.
A jak myślicie - dlaczego Mike po powrocie z wojny nie jest w stanie ustrzelić jelenia?

 "Łowca jeleni"/ "The Deer Hunter" (1978) - reż.: Michael Cimino, scen.: Deric Washburn, muz.: Stanley Myers, zdj.: Vilmos Zsigmond, wyst.: Robert de Niro, Christopher Walken, John Savage, Meryl Streep.

Za tydzień (niecały) - Julia (1977).

środa, 23 marca 2011

Sprawa Kramerów

Otwieram naszą zabawę blogową filmem Sprawa Kramerów. Powody są dwa. Po pierwsze jest to film z początków kariery Meryl Streep (jej debiutem filmowym był jednak inny obraz, o dwa lata wcześniejsza Julia), a jak wiecie chciałabym zachować chronologiczny porządek oglądania (chociaż już widzę, że mi to nie wyjdzie...). Po drugie - za rolę Joanny Kramer aktorka dostała swojego pierwszego Oscara oraz szereg innych nagród (między innymi Złoty Glob). I to mnie zaczęło zastanawiać... Młoda, wschodząca "gwiazdka", która nie zdążyła zaprezentować się publiczności w rozmaitych rolach, wygrywa najbardziej prestiżowe konkursy - co też tam ona pokazała, w tej całej Sprawie Kramerów...?
Zacznijmy od tego, że przez połowę filmu Meryl Streep nie ma - grana przez nią Joanna Kramer na początku odchodzi od męża, Teda. Pojawia się zaś znowu wówczas, gdy między chłopakami - czyli ojcem i synem - zdążyła się stworzyć silna emocjonalna więź. Jest więc intruzem w tej relacji. Intruzem tym bardziej, że widzowie nie mieli okazji zobaczyć, jak ona sama radzi sobie z wychowaniem syna (bo przecież trzyminutowe usypianie małego Billy'ego z pierwszych scen nie daje pełnego obrazu). Streep "broni" swojej postaci. Zdaje się swoją grą mówić: Poczekajcie, jeszcze mnie nie wrzucajcie do worka z napisem "Postać negatywna", posłuchajcie, co chcę powiedzieć. I słucham jej. I rozumiem, że po pięciu latach bycia mamą dla synka oraz żoną/robotem kuchennym/odkurzaczem jedynym sposobem, by odnaleźć siebie jest ucieczka z tego domu; w tym otoczeniu chyba nie umiałaby już być inna (a przypomnijmy - kobieta jest wykształcona, zdolna, z dyplomem).
Podczas procesu Streep wspaniale gra mieszankę trzech stanów emocjonalnych: poczucia winy (że w ogóle jako matka posunęła się do tego, by opuścić własne dziecko), niezłomności w dążeniu do odzyskania dziecka (nie wiem, czy mogę to nazwać stanem emocjonalnym; pewne jest, że relacja matka-dziecko mocno określa postać Joanny, mocniej niż jakikolwiek związek damsko-męski w którym była) oraz lęku (czy może wahania połączonego z obawą, że szykowała się na batalię o dziecko z kimś innym, niż ten mężczyzna, którego spotyka w sądzie; nie spodziewała się chyba, że były mąż się zmieni). Te emocje są w oczach: wzrok pełen czułości, ale i zalęknione spojrzenia.

Postanowiłam jeszcze zwrócić uwagę na sceny, w których Meryl Streep płacze. W tym filmie są takie dwie:
  • kiedy podczas procesu, przyparta do muru przez prawnika Teda, zeznaje, że poniosła porażkę w najważniejszym związku w życiu - czyli w swoim małżeństwie;
  • w ostatniej scenie, kiedy przyjeżdża zabrać Billy'ego do nowego domu i nie potrafi tego zrobić, bo nie chce synka pozbawiać wszystkiego, co jest dla niego znajome.
Na koniec - sceny, które mnie wzruszyły:
  • Ted uczący Billy'ego jeździć na rowerze, 
  • Ted, który tłumaczy synkowi, dlaczego mama odeszła,
  • wymiana spojrzeń między Joanną a Tedem na procesie, zwłaszcza po pytaniu: "Czy mąż panią zdradzał?"
  • końcowa scena z Billym i Tedem, kiedy czekają na przybycie Joanny, która ma zabrać synka do swojego mieszkania - ileż tu jest w spojrzeniach...

"Sprawa Kramerów"/ "Kramer vs. Kramer (1979) - reż. i scen.: Robert Benton na podstawie powieści "Kramer kontra Kramer" A. Cormana, muz.: Herb Harris, John Kander, zdj.: Nestor Almendros, wyst.: Meryl Streep, Dustin Hoffman, Justin Henry.


Za tydzień - Łowca jeleni/The Deer Hunter (1978) - i chronologia wzięła w łeb.