kropla drąży kamień
kropla przepełnia czarę
a dwie krople?
a sto?
a milion..

znajdziesz u mnie

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SAMA ZE SOBĄ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SAMA ZE SOBĄ. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 lipca 2016

sms do kogo trzeba

Jak ja się wczoraj w nocy przestraszyłam...
Kosti jest w trakcie infekcji - po trzech dniach gorączki wczoraj temperatura wreszcie opadła. I to jak... Ocknęłam się o trzeciej nad ranem, bo kwęknął, to - myślę - karmienie będzie. Przysuwam się... a on zimny po prostu. I spocony. Od razu myśl, że coś jest nie tak. Ale przystawiam do piersi - ssie. Żyje znaczy. Okryłam, przytuliłam. Jednakowoż się nie rozgrzał, ani ja się nie uspokoiłam.
Budzę Wonsa. Że termometr, że Kosti zimny, mierzyć będziemy. 35,5 - kurcze takiej temperatury, to nie pamiętam, żebym u dziecka widziała (bo zazwyczaj mierzę, jak są w gorączce). Więc będę dzwonić na pogotowie. Albo lepiej do znajomej pielęgniarki. Ale najpierw sobie próbuje przypomnieć cały przebieg choroby. I zapisać. A raczej Wons zapisuje, bo ja noszę małego. Który śpi, opatulony w koc. Zapisuje, żeby nie zapomnieć, bo może coś było ważnego i od tego ta niska temperatura. A w środku to czuję, jak mi serce kołacze. Ze strachu.
Wons jeszcze siada do komputera, szuka. Jednej pani synek po przebytej chorobie miał 34,9. A inna w podobnej sytuacji jak zadzwoniła na pogotowie, to jej lekarz powiedział, że to normalne, to się często zdarza, że nawet i niższa temperatura może być - opatulić i obserwować. I kilkanaście podobnych wpisów.
To się trochę uspokoiłam. Nie dzwoniłam tym razem nigdzie. Poszliśmy spać. To znaczy Wons spał. I Kostek spał. Ja nasłuchiwałam i drzemałam. Karmiłam i obserwowałam. Czy oddycha, czy się ocieplił... I tak w kółko. Aż nastał dzień.

Jestem mamą trójki - wiele rzeczy przyjmuję ze spokojem. Myślę wtedy: "A spoko, znam to. Przejdzie samo. To naturalne." Ale są takie sytuacje, kiedy się panicznie o nich boję. Że spieprzyłam, że przeoczyłam, zaniedbałam... Że ich stracę. To jest często irracjonalne. Ale jest. Jak taka czarna kulka w środku.
I Bóg jeden wie, ile w takich chwilach wysyłam do Niego sms'ów.
...
Oczywiście w dzień odezwałam się do lekarza, ponieważ nadal nie byłam spokojna, a w takich sytuacjach idę za moją matczyną intuicją. Nawet, jeśli postronny obserwator chciałby nazwać mnie "panikarą".

niedziela, 3 stycznia 2016

internet forever?

Przeglądałam archiwalne wpisy... Uśmiałam się, wzruszyłam, Wons mi zaglądał przez ramię...

I nagle przestraszyłam się - a co jeśli internet się kiedyś skończy? Co, jeśli to wszystko "pierdyknie" z wielkim hukiem, albo co gorsza przestanie działać zupełnie po cichutku, bez zapowiedzi? Tyle wspomnień mam zapisanych na blogu, na fejsie. I tylko tam. Pewnie można zrobić kopię zapasową i umieścić na komputerze. A jeśli komputery padną? Zresztą - cały FB skopiować? No nie wiem nawet, jak to się robi...

Dostałam od Mamy pod choinkę dość nietypowy kalendarz na 2016 rok: "365 stron życia". W środku cytaty z Pisma Św., przepisy, miejsce na różne zapiski. Na jutro na przykład "Herbatka antystresowa św. Hildegardy", co mnie ujęło po prostu, bo ja bardzo tę świętą poważam (poza tym, że zajmowała się roślinami, wyszukując remedium na rozmaite dolegliwości ludzkości, to jeszcze muzyką się interesowała). Tak więc obiecałam sobie, że przepiszę do tegoż kalendarza chociaż dziecięce odzywki i dialogi, bo by mi było bardzo szkoda, gdyby uległy zapomnieniu twory Ignacka i Jadziulki. Za chwilę Kostek dołączy ze swoimi pomysłami.

I możecie się śmiać... Ja tam od dawna wiem, że jestem raczej "analogowa" niż "cyfrowa". I tak postęp, że piszę długopisem, a nie gęsim piórem, na przykład ;)

piątek, 9 października 2015

może to, a może sio...

Do napisania tego posta zainspirowała mnie ryba. A konkretnie makrela. A jeszcze bardziej wdając się w szczegóły - nie jakaś tam anonimowa makrela, lecz ta wędzona, spożyta przeze mnie na śniadanie.

A spożywałam ją w pośpiechu, bowiem głód mi bardzo doskwierał. I choć wiem, że z takiej ryby można zrobić pyszną pastę kanapkową lub wykwintną sałatkę, ja ją tylko pozbawiłam ości i spałaszowałam ze świeżą natką pietruszki.
- No świetnie - pomyśli ktoś z ironią - Faktycznie jest się czym chwalić. Aż trzeba na blogu opisywać...
Wszystko dlatego, że trzymam na kolanach prawie sześć kilo szczęścia, czyli urodzonego niespełna trzy miesiące temu syna Konstantego, który w tym momencie przestał jeść (czyli ssać pierś). Właściwie to skończył zanim tak naprawdę zaczął. Trochę spróbował, pokwękał, pokręcił się niespokojnie i drzemie. A ja siedzę i myślę - może mu nie smakowało...? Ryba wszak ma charakterystyczny smak, może więc takie mleko dla niego niedobre? Ale ja miałam taką ochotę na makrelę...
Kostek jest trzecim dzieckiem. Powinnam więc mieć więcej dystansu. I niby mam. Ale nie zawsze. Nie wtedy, kiedy Kosti płacze, jęczy, piszczy. Mam wówczas w sobie spokój, noszę, tulę, karmię... Jednocześnie w mojej głowie pojawia się lawina pytań:
A może boli go brzuszek?
Może coś zjadłam? Chleb, masło, pomidor... Pomidor! Niee, pomidory jadłam też wcześniej i było ok... Ziemniaki, ogórki, szczypiorek... (Tu się pojawia cała wyliczanka z danego dnia oraz dnia poprzedniego w poszukiwaniu pokarmowego przestępcy.)
Może do zbożówki nie powinnam dolewać mleka? Może jeszcze za wcześnie?
Puszcza bączki. Czyli jednak brzuszek...
Jednak postaram się nie łączyć węglowodanów z białkiem?
Myślałam, że zielona herbata jest ok, ale chyba się myliłam. Może ją odstawię na kilka dni?
Chyba jem za mało nabiału...
Może jest po prostu śpiący?
A może to zęby? (Tu następują oględziny dziąseł - faktycznie, widoczne lekkie zaczerwienienie.)
Albo skok rozwojowy? (Wyszukiwanie w sieci - "skoki rozwojowe". Możliwe - jest w 11 tygodniu życia.)
Pewnie mu za zimno.. Nie, rączki ma ciepłe.
Może ma mokrą pieluszkę?
Eee, teraz zasnął. Nie będę go budzić, żeby zaglądać w gatki. Zrobię to później.
Skoro śpi, to może sobie poszydełkuję... Albo nie. Lepiej zrobię sobie coś do jedzenia. Tylko co?

Z pozdrowieniami dla wszystkich świeżo upieczonych (tych po raz pierwszy i po raz kolejny ;) mam.

niedziela, 23 sierpnia 2015

autonomia

Lubię takie wieczory - Troje Potomków sapie w pokoju obok. Za wzgórzem - impreza plenerowa, właśnie skończyły się fajerwerki, zaczął się koncert... "Ja uwielbiam ją, ona tu jest i wszyscy razem - ło o o o..." - słychać zza wzgórza.
Wons za siedmioma wzgórzami, za siedmioma rzekami, na innej imprezie plenerowej, raczej nie śpiewa... Choć mogę się mylić.

Oczy mi się zamykają, ale jeszcze chcę przez chwilę posiedzieć, napawam się czasem "po godzinach". Utwierdzam się tym samym w przekonaniu, że ja to ciągle ja; że mogę i lubię być sama; że ja to nie tylko mama i żona; po prostu - ja.
Chcę się spać. I zaraz pójdę. I będę rozciągać ręce, żeby przykryć, pogłaskać, przytulić. I będę co dwie godziny budzić się na karmienie, może też na masowanie brzuszka.. I nie mam do nikogo pretensji, że świat jest tak urządzony - wręcz przeciwnie - mam w sobie pokój i zgodę, i cierpliwość. Dzisiaj mam. Bo to tylko chwila przecież i ani się obejrzę, a Troje Potomków będzie mieć kiedyś tam "dorosłe dusze".
I kto mi wtedy wstawi do kuchennej szafki przyczepę od traktora?

Lubię takie wieczory. Nieczęsto takie mam.

środa, 16 listopada 2011

u źródeł głosu nieskrępowanego

Ignac ma zwyczaj śpiewania sobie przed snem. Nie wiem, skąd mu się to wzięło? Nie wiem, bo kołysanki do poduszki w moim wykonaniu słyszał niezbyt często. Wolałam raczej puścić płytę z usypiankami, na przykład wyśpiewanymi przez Grażynę Auguścik (na marginesie - polecam!). Może więc dzięki tym płytom? Może dlatego, że sporo śpiewamy w ciągu dnia: naśladujemy odgłosy, piosenkami komentujemy wspólne zabawy, wymyślamy nowe słowa do znanych melodii... ? Może wieczorem to wszystko musi znaleźć jakieś ujście...?

W każdym razie każdego wieczora (a zdarza się, że i przed popołudniową drzemką) Ignac urządza niepowtarzalny koncert. Spółgłoski i samogłoski układają się w słowa, których nikt (nie wyłączając autora :) nie jest w stanie powtórzyć. A te dźwięki... Przeskoki od wysokich do niskich tonów i odwrotnie splatają się w improwizację, której nie powstydziłby się podjąć sam mistrz Miles Davis na swej trąbce. A ja cieszę się, że mogę przy tym być i trwam w zachwycie (choć przyznaję, że są chwile, że przedłużający się rytuał usypania mnie irytuje).

Kiedy słucham tych ekwilibrystycznych figur dźwiękowych syna, upewniam się w przekonaniu, że u źródeł wydawania głosu ludzkiego leży radość i nieskrępowana wolność. Ale przecież - może ktoś powiedzieć - pierwsze próby używania strun głosowych przez noworodka to zazwyczaj płacz, którym mały człowiek sygnalizuje, że jest mu niewygodnie, coś go boli, jest głodny, razi go światło itd. Rzeczywiście nie ma się z czego cieszyć. Tyle że noworodek poza płaczem wydaje jeszcze masę innych dźwięków! (Wiedzą to rodzice, którzy nie mogą zmrużyć oka, choć ich maleństwo dawno śpi, "bo ono mlaszcze, sapie, wzdycha, mruczy, stęka, chrząka, nuci..."). Kiedy już dziecko załapie, że ono samo te dźwięki emituje, wówczas szybko uczy się je różnicować. I właśnie to badanie możliwości własnego aparatu głosowego daje masę radości, a poza wolnością, o której wspomniałam, obdarowuje małego człowieka poczuciem zadowolenia z siebie (bezcenne!).

Dopóki ktoś nie powie: nie wyj/ nie rżyj/ nie bucz/ nie mucz/ nie jęcz/ nie męcz/ nie rycz/ nie kwicz/ nie drzyj się/ nie piskaj ("...Tomuś" ;)/ nie-narażaj-mych-uszu-na-te-straszne-odgłosy-ani-chwili-dłużej-bo-nie-ręczę-za-siebie. Śpij!
Ale to już temat na inny wpis.

wtorek, 1 listopada 2011

seniorka

Moja Babcia skończyła w niedzielę 80 lat. Z tej okazji cały piątek piekła i gotowała, a w sobotę - wycierała kurze i zmywała podłogi. W niedzielę zaś przyjmowała gości... Miała przygotowaną przemowę na rozpoczęcie urodzin, ale zapomniała ją wygłosić, bo najpierw wszystkich witała i całowała, potem utyskiwała na prezenty ("Mówiłam, żeby nic nie przynosić.."), a potem nalewała wszystkim gorącego rosołu, tudzież flaków, następnie było drugie danie...

Moja Babcia nie miała dzieciństwa, w dzisiejszym rozumieniu tego słowa, bo najpierw pasła krowy, a potem wybuchła wojna (wtedy również pasła krowy, ponieważ krowy nie rozumiały, co to znaczy wojna i chciały jeść jak zawsze).

Moja Babcia wyszła za mąż i zamieszkała wraz z Dziadkiem Bronkiem w małym komunistycznym miasteczku na wschodzie naszego kraju. Dziadek, poza tym, że był szalenie przystojny, grał na skrzypcach i nawet nieźle zarabiał w fabryce, lubił zaglądać do kieliszka i Moja Babcia miała z nim całe życie "pański krzyż".

Moja Babcia ma dwoje dzieci, synową, zięcia, sześcioro wnucząt i dwóch prawnuków. Dziadek Bronek od kilkunastu lat nie żyje, ale przychodzi do Mojej Babci w snach i daje dobre rady - na przykład żeby nie sprzedawała działki, bo jeszcze się kawałek ziemi przyda.

Moja Babcia pracowała całe życie. Była nauczycielką, pielęgniarką, urzędniczką do spraw kwaterunku. Potem na emeryturze zajmowała się nami - wnukami, po kolei całą szóstką... I działką.... Wakacje wyglądają podobnie - Moja Babcia zbiera maliny, bo "Pan Bóg dał owoce, to szkoda, żeby się zmarnowały". I to samo z ogórkami, truskawkami, ziemniakami, pomidorami, porzeczkami...

Moja Babcia robi najlepszy sernik na świecie, i roladę, i fale dunaju. I ruskie pierogi. I rybę po grecku. I kogel-mogel. Kakao przyrządza w ten sposób, że wsypuje proszek do kubeczka i rozciera dokładnie z cukrem, potem wlewa odrobinę gorącego mleka, miesza i dopiero dolewa mleka do pełna, a nie jakieś tam błyskawiczne granulaty. A z tych pierogów, klusek i kopytek, co je przez te osiemdziesiąt lat wylepiła, można by drugi Kopiec Kościuszki usypać.

Pamiętam, jak Moja Babcia brała mnie na kolana, głaskała po głowie i trzęsącym się głosem śpiewała mi do ucha wszystkie pieśni kościelne z książeczki do nabożeństwa...  A z moim bratem skakała przez książki.

Moja Babcia słucha Radia Maryja i modli się co wieczór za nas wszystkich na różańcu. Równocześnie każe mi wprowadzać się do nowego mieszkania "pod pełnię księżyca", bo to zapewnia dobrobyt. Kiedy byliśmy mali i któreś z wnucząt miało koszmary, albo zrobił nam się po spaniu kołtun z włosów, Moja Babcia przybiegała z rondelkiem ze stearyną stopioną ze świecy gromnicznej i miską zimnej wody, i wylewała nad nami wosk, odmawiając po cichu "zdrowaś Mario...". A potem patrzyliśmy, jakie kształty ułożyły się z wosku...


Moja Babcia kochana... Dusza słowiańska; prosta i złożona zarazem.