Nie piszę, o czym film jest, bo większość już pewnie oglądała, może nawet po kilka razy (ja tak mam, że poznaję kinematografię z dużym opóźnieniem). Myślę tak...
Oglądając życie kogoś innego, patrząc na historię innej rodziny - jak ławo powiedzieć: tutaj powielony schemat, tu trauma dzieciństwa, to kryzys wieku średniego, tamto masochizm, sadyzm, to syndrom kata/ofiary, tu chorobliwy perfekcjonizm...
Można się poczuć lepiej, bo przecież mnie patologia nie dotyczy, moje życie jest inne, ja rozmawiam z bliskimi. Ale gdyby ktoś o mnie nakręcił film? Bez retuszu, bez uprzedzenia? Ktoś z boku patrzący dostrzeże pewnie schemat/syndrom/kryzys. Czy jesteśmy śmieszni z naszymi małymi sprawami? Czy jesteśmy żałośni? Czy piękni? Jak ta reklamówka tańcząca na wietrze... Zwykłe coś, a dla kogoś najważniejsze.
"American Beauty" (1999), reż. Sam Mendes, scen. Alan Ball, muz. Thomas Newman, zdj. Conrad L. Hall, wyst.: Kevin Spacey, Anette Bening, Thora Birch, Wes Bentley.
Bardzo trafna refleksja.
OdpowiedzUsuń